I wiecie, nie tylko takie w których się człowiek o człowieka nie potyka i nieba nad głową nagle jakby więcej. Kolory są łatwiejsze, bardziej naturalne, zielone morza, żółte fale i błękitne przestrzenie. Światło jak żaden serial maluje dzień w różnych barwach. Rano jest zawsze bardziej niebieskie, a wieczory bardziej złote jeśli zechcesz zauważyć.
I jest taka ławka, niewidoczna dla nikogo, chociaż dostępna dla każdego, na której można usiąść tylko samemu bo tak 'nieprzysiadalna' dla nikogo więcej. W kącie głowy.
Kiedy byłam jeszcze uczennicą Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Curie-Skłodowskiej, używałam Gadu-Gadu, nosiłam za duże bluzy i miałam swoją "sympatie", dobrze pamiętam jeden wieczór kiedy ów chłopiec sympatia przyjechał do mnie zupełnie spontanicznie,a ja pełna zadowolenia pobiegłam przed dom zarzucić mu ręce na szyję. Podniósł mnie lekko i radośnie do góry jakby to była najoczywistsza i najlepsza za razem rzecz na świecie.
Ręce zarzucone na szyję.
Na drugi dzień miałam mieć sprawdzian z matmy. Nie nauczyłam się. W sumie matematyki nie nauczyłam się nigdy i nadal twierdzę,że urodzeni humaniści nie mają serca do zimnych kalkulacji.
Nie mówicie mojej mamie, ale ze sprawdzianu dostałam później zasłużoną jedynkę i musiałam zaliczać go po raz drugi.
Ale to nie ważne bo w czasach kiedy byłam jeszcze uczennicą w za dużej bluzie, z jedynką w dzienniku i jedynką z przodu metryki łatwiej było zarzucać ludziom ręce na szyję.
"You cut me like a double edge sword now I've split in the middle tell me which side do you pick?"
Po raz kolejny przekonuję się, że przemieszczanie się z punktu A do
punktu B i z powrotem to czynność, którą niekoniecznie można nazwać podróżowaniem. To zwyczajne przemieszczanie się w określonym z góry celu. Kierowca traktuje busa jak wnętrze swojej 4-osobowej pandy i o wiele za głośno puszcza z charczących i dławiących się głośników, popularną stację radiową. Niektóre serwowane tam hity lata przełykam ze sporą trudnością, ale ostatecznym ciosem stają się pogawędki prowadzących program i wiadomości w kółko powtarzane z okazji wybicia pełnej godziny. Jakby ktoś uderzał cegłówką w głowę, zamykasz oczy i zalewa cię nieprzebrana ilość mokrych,lepkich informacji, których wcale nie chcesz słyszeć i które wydają się być zupełnie bez sensu niczym prezentacje super-hiper-nowoczesnych i jakże niezbędnych produktów z telezakupów mango.
Nagle, z tego zamyślenia wyrywa mnie wiadomość od ciebie. Jakbyś
dokładnie wiedział, że jesteś ostatnią osobą, której teraz właśnie potrzebuję. Dziwne uczucie, nerwowe przełknięcie śliny i niespodziewany ból w dole brzucha jak gdyby ktoś odgryzał mi właśnie część ciała. Dla pewności obejmuję brzuch dłonią żeby sprawdzić czy nie znajdę tam jednak krwawiącej dziury. Nie ma dziury. Wmawiam sobie, że ciebie też. Że jedyne co teraz istnieje to autobus z obrazkami za oknem i moimi plecami wbitymi w siedzenie. Nie odpowiadam. Obracam się tylko za siebie żeby sprawdzić czy czasem nie schowałeś się na ostatnim siedzeniu i nie zaśmiejesz mi się w twarz, że jesteś tu już od początku drogi. Skądś przecież musisz wiedzieć, że cię nie potrzebuję.
Odwracam się za siebie i widzę dokładne odbicie tego miasta. Kontury budynków, kilka drzew, słupy elektryczne, słupy ogłoszeniowe, ulice, samochody, połacie betonu. Kilka postaci.
Młodzi ludzie, w czapeczkach z daszkiem i air maxach, szydzący z wszystkiego i mający czas na wszystko. Sylwetki odbijające się w szybach samochodów, wracających z etatów, narzekający na wszystko i nie mający czasu na nic.
I my, trochę na czarno, trochę eleganccy i trochę w adidasach. Raz popołudniem wracamy z pracy, raz nad ranem wracamy nie wiadomo skąd. Przejmujemy się rachunkami i nie przejmujemy się niczym. Za młodzi na prezydenturę i za starzy na bycie hipsterami z deskorolką. Słuchamy tej samej muzyki co kiedyś, ale gotujemy obiady. Nie wierzymy w reklamy, ale i tak wybieramy produkty znane z ekranu. Za mało śpimy, za dużo śpimy. Ciągle czujemy, że jeszcze mamy czas, doskonale nie mając ciągle czasu na nic. Ale dzisiaj, zachodzi już słońce, kończy się upał, wyłącz telefon, wyciągnij nogi. Odpocznijmy, połóżmy się, zapomnijmy.
Dzisiaj nie trzeba już będzie o nic walczyć.
Chociaż, nie mam pewności.
_ _ _
/bag- deezee.pl/ shorts/skirt-c&a/ top- select,sh/ shoes- pretty walk shoes/
Znacie taki dzień, kiedy jeszcze przed przebudzeniem czujecie, że na pewno będzie koszmarny? A budzicie się długo po budziku. Za późno. Na dodatek nie znajdujecie się w Kalifornii ani na Florydzie. W kalendarzu niby wiosna, za oknem sztorm i śnieg,10 w skaliBeauforta. W lodówce i jedyną opcją na śniadanie jest wątpliwej świeżości śmietana procent 12. Głowa boli, oczy palą, zastawiasz się czy to niewyspanie, zmęczenie, początki grypy czy może jednak malaria. Szklanka wody z lodem i cytryną nie pomaga. W skrzynce pocztowej same reklamy- "Nowy materac odmieni Twoje życie!" nowe meble i szybszy internet też. I promocja na świąteczne, czekoladowe króliczki o pyszczkach nie podobnych do niczego. Kosz przepełniony. Jak zawsze. Rachunki do zapłacenia. Wiercenie za ścianą powtarzające się z dużym nasileniem średnio co 2 minuty. Po 15 minutach masz wrażenie,że wiertło na pewno dosięga już Twojej skroni. Skarpetka w ilości-jeden, para zaginiona. Stan lakieru na paznokciach- opłakany. Nawet horoskop w który i tak nie wierzysz podpowiada,że dzisiaj, dobre rzeczy, nie przydarzają się Tobie. Wiadomości serwują nowy zestaw tragedii, dramatów i skandali na ten tydzień. Dzwonek do drzwi. Urywany i natrętny. Przez głowę przebiega ci myśl,że lepiej będzie jak udasz, że cię nie ma. Poza tym i tak nie chce ci się wstać z fotela. Po 3 minutach jednak zbierasz się w sobie i ruszasz w kierunku drzwi z nadzieją,że ten ktoś i tak już zrezygnował.
Otwierasz:
- O Boże! Jak dobrze,że jesteś! Bałem się,że nic dobrego mnie dzisiaj nie spotka.
"There is a house in New Orleans They call the Rising Sun
And it's been the ruin of many a poor boy
And God I know I'm one"
W niedziele zakochani ludzie spacerują trzymając się za ręce.
Inni zbierają się licznie w kościołach żeby modlić się, gorliwie lub mniej, do swoich bogów. Niedzielne domy są bardziej wysprzątane niż inne, niedzielne obiady bardziej wystawne niż pozostałe. W niedziele pachnie rosół i ulubione kotlety spod ręki mamy lub babci. Ciotki całują policzki i rozdają mandarynki. Małe dziewczynki ubierają ładne spódniczki, a chłopcy koszule. Kibice w odświętnych szalikach wracają grupami z meczy. W telewizji leci Familiada. Rodzice kupują dzieciakom zestawy Happy Meal z plastikowymi zabawkami (i jabłkiem- dla zdrowia). Dwie Panie piją w kawiarni cappuccino z obfitą pianką. Jakiś młody mężczyzna kupuje kwiatki i zerka na zegarek, na pewno umówiony na 13.00. W niedzielę ludzie licznie gromadzą się w parkach i jeżdżą na rowerach. W niedzielę galerie handlowe uginają się od klientów,a w stanie Alabama (USA) zabroniona jest gra w domino w niedzielę.
W językach słowiańskich, nazwa 'niedziela', pochodzi od prasłowiańskiego- ne dělatĭ -'nie działać = nie pracować’ więc zgodnie z tradycją odpoczywamy, jak Bóg,który przez sześć dni stwarzał świat, a siódmego odpoczął. I tak, w niedzielę tęsknota i samotność nie ma zajęć i daje głośniej o sobie znać. Można wysłać ją do kościoła, na randkę albo na zakupy, można. Można próbować. Statystycznie, w sielankowe niedziele, najwięcej ludzi popełnia samobójstwa. Jak mawiał Bukowski "Niedziele zabijają więcej ludzi niż bomby".